sobota, 11 sierpnia 2012

Od Claryssy


Było ciemno. Ujrzałam czarną, zamazaną postać podchodzącą do mnie. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Moje łapy zaczęły świecić. Nie dziwiłam się, ponieważ zawsze tak miałam, gdy zaczynało się robić bardzo ciemno.
- Nie podchodź do mnie...- powiedziałam spokojnie.
- Należysz do watahy?- spytał. Poznałam po głosie, że to był samiec.'
- Tak, należę.
- Jestem Kovu, ja również należę do watahy.
- Nie obchodzi mnie to.
- Przedstawisz mi się?
- Nie.
- Dlaczego nie?
- Bo nic nie musisz o mnie wiedzieć.
- Eh... No dobrze... Dlaczego jesteś taka niemiła?
- Bo taka jestem i nie zmienisz tego...- powiedziałam stanowczo. Wilk zniechęcił się i poszedł, a ja za nim, gdyż szedł w stronę jeziora. Stanął.
- Dlaczego za mną idziesz?
- Znasz odpowiedź na to pytnie. Z resztą, znasz odpowiedź na każde pytanie- od powiedziałam. Wilk odwrócił się i popatrzył na mnie. Uśmiechnął się lekko i znów zaczął iść. Dotarliśmy. Stanęłam 5m dalej od Kovu i zaczęłam pić. Nagle ni z tąd ni z owąd Kovu był tuż koło mnie. Popatrzyłam na niego z odrazą.
- Dlaczego to robisz Clary?- spytał. Spuściłam wzrok. Wstałam, odwróciłam się i zaczęłam iść. Obróciłam się w do tyły, ale Kovu już tam niebyło. Obróciłam się spowrotem i ujrzałam go.- Przykro mi, że tak się stało... że cała twoja rodzina...- nie dałam mu dokończyć.
- Cicho bądź! Daj mi spokój! Odejdź!- wykrzyczałam. Kovu popatrzył się na mnie, wiedząc że tak będzie. Widząc, że nieda mi spokoju, rosprostowałam me długie płomienne skrzydła i odleciałam. Chmury to woda, ale ja potrafiłam się na nich położyć. Spędziłam noc w niebie, ale oczywiście nie dosłownie. Obudziłam się o świcie. Powróciłam z powrotem na ziemię. Wszedłam do swojego szałasu. Kovu już tam na mnie czekał. Popatrzył na mnie.
- Przepraszam...- powiedział. Rozpłakałam się. Kovu podszedł do mnie.
- Spokojnie...
- Wyjdź z tąd- powiedziałam szlochając. Wilk za moją prośbą wyszedł. Nie wychodziłam przez całe 2 dni. Nic nie jadłam, ani niepiłam. Moją mocą. Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Obróciłam się i ujrzałam Kovu.
- Zjedz coś.
- Nie jestem głodna.
- Jesteś- powiedział. Wstałam i wzięłam kawał sarny, który trzymał w moim kierunku. Kovu uśmiechnął się i wyszedł. Gdy zjadłam musiałam wyjść z namiotu.
- Nie...- szepnęłam. Wtedy domyśliłam się, że Kovu zrobił to wszystko specjalnie, abym ja wyszła. A mianowicie: świeże mięso>brudna buzia>wyjście z szałasu>umycie się i napicie wody. Wtedy zdałam sobie sprawę z wielkiej inteligencji Kovu. Wyszłam z szałasu. I popatrzyłam się na niego groźnie. Wskoczyłam do wody i umyłam się, a przy tym przez przypadek nawet napiłam. Kovu zaśmiał się. Walnęłam go delikatnie w ramię ukazując mały uśmieszek. Poszłam do lasu, a Kovu za mną.
- Czy ty dasz mi wreszcie spokój?
- Nie.
- A co mam zrobić, abyś dał mi spokój przez 3 dni?
- Pogap się ze mną na chmury.
- Hę? Dobra- powiedziałam obojętnie. Położyliśmy się na trawie w lesie i obserwowaliśmy chmury.
- Widzisz tamtą?- spytał Kovu pokazując łapą.
- Tak.
- Wygląda jak wilk.
- Tak, a tamta jak kwiat- powiedziałam. To była jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Nikt mnie nie odtrącał.
- A tamta jak...
- Jak?
- ...jak serce- powiedziałam delikatnie. Kovu popatrzył się na mnie. Na moją pierwszy raz rozpromienioną twarz.- Tak- podtwierdził. Po chwili zawachania, dał mi całusa.

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz